Siemianówka - Białystok - Knyszyn (105,21 km; 4h49min44s; śr. 21,78 km/h) Budzimy się wcześnie, wreszcie wyspani. Do śniadania dostajemy świeże mleko od krówki, jeszcze ciepłe – poezja!!:) Zbieramy się pomału do dalszej drogi, zapamiętuję adres, wyślemy kartkę! Jedziemy nad zbiornik Siemianówki, niestety woda nie nadaje się do kąpieli. Przez zbiornik poprowadzony jest nasyp, na którym biegną tory kolejowe – nieźle się to prezentuje! Uderzamy na Białystok, wyprzedzam Przema – chcę żeby sobie odpoczął, złapałem wiatr którego niestety on nie złapał i zostawiłem go w tyle, nie obracałem się i trochę się wkurzył – po pewnym czasie wyprzedził mnie i chciał dać nauczkę – takie małe przedszkole, ale na szczęście bez większych spięć, staram się obrócić to w żart:) W jakimś miasteczku zatrzymujemy się aby uzupełnić wodę, spotykamy tam kolarzy – ojj na jakich pięknych kolareczkach jeździli: pełny carbonik niah niah:) Ruszamy, po pewnym czasie nas doganiają i są zaskoczeni naszym tempem (tak okolice 30km/h) Współczynnik respektu rośnie – i dobrze!!:) Przemo na chwilę łapie się ich, ale po chwili wraca do naszego dwuosobowego peletonu:) Przy wjeździe do Białegostoku gubię gdzieś mapę na rozkopanych drogach o czym dowiaduję się gdy chcemy planować kolejny etap. Poradziliśmy sobie bez niej. Po dłuższym czasie znajdujemy przyzwoite i niedrogie jedzenie. Pogoda zaczyna się psuć gdy jesteśmy na granicy Białego. Uciekamy szybko na stację benzynową, zaczyna ostro lać i grzmieć. Czekamy... czekamy... czekamy... trochę ustaje, zakładamy kurtki i w drogę, zmoknięci trafiamy do Knyszyna gdzie udaje nam się rozbić w ogródku “amerykańskiej” rodzinki. Ponoć mamy szczęście bo całe miasteczko jest “strefą dolarową”, ludzie podorabiali się za granicą, są raczej zamknięci, konkurują ze sobą (przynajmniej tak nam powiedzieli). Dostajemy ciepłej herbaty, rozbijamy namiot i do spania. Nad ranem przestaje padać.. |