Tour des Alpes
Dzień 2

Godziszów – Leszna Górna – Trinec – Hnojnik – Frydek Mistek – Frydlant nad Ostr – Frenstat – Roznov – Valaskie Mezirici - Jablunka

(103.41km; 5h05min; śr. 20.27km/h)

Naładowani pozytywną energią przemierzamy kolejne kilometry

Najedzeni, wyruszamy przed siebie. Pogoda jak marzenie, dużo słońca. Kierujemy się do granicy z Czechami. Nie mija wiele czasu i już stoimy przed znakiem „Vitejte v kraji”. Przypominam sobie to przejście graniczne. Kiedyś byłem tu z kuzynem po pracy zaopatrzyć się w kilka piwek;) Mniejsza z tym… Po drugiej stronie granicy czeka nas dużo lepsza nawierzchnia i mały zjazd. Dużo przyjemniej niż wczoraj. Jest niedziela, mijamy mnóstwo Czechów na rowerach.

Tu jeździ każdy, od małych dzieci po dziadków i babcie :P. Czasem nam machają, uśmiechają się i życzą powodzenia. Już wcześniej wiedziałem, że Czesi mają hopla na punkcie rowerów, ale teraz widzę to na własne oczy. Mnogość ścieżek rowerowych może przyprawić o zawrót głowy. Wszystkie są w świetnym stanie i bardzo dobrze oznakowane. Często są poprowadzone równolegle do torów kolejowych – przeważnie te krajowe (tak, tak, Czesi mają krajowe drogi rowerowe, które prowadzą od granicy do granicy!!) Są świetnie zagospodarowane, co jakiś czas znajdują się wiaty, ławeczki, w pobliżu których można odpocząć, a także znaleźć mapę okolicy oraz opisy przyrody czy miejscowych zabytków. Wszystko zadbane - trawa skoszona, wymalowane pasy dla kierunków. Ścieżki prowadzone są zwykle przez małe miasteczka. Tak, że jadąc nimi mamy okazję podziwiać przepiękne widoki. Co jakiś czas mijamy znaki , które wskazują drogę do gospód, gdzie można przenocować lub coś zjeść. Teraz dopiero widać jak bardzo jesteśmy w tyle za naszymi sąsiadami…

Czasem trzeba coś zjeść...Wracając do naszej trasy... Dziś jedzie się świetnie. Mijamy większe i mniejsze miasteczka. Zatrzymujemy się na mały popas po którym ruszamy dalej. Nie czuję większego zmęczenia – siłę dają mi emocje i podniecenie podróżą. W mojej ulubionej porze dnia (między 17 a 19), kiedy wszystko staje się bardziej „pomarańczowe”, mijamy pola i malutkie czeskie osady, które w tych kolorach wyglądają po prostu zachwycająco.

Tak mija nam pierwszy dzień w Czechach. Nasyceni widokami, pozytywną energią dojeżdżamy do Jablunki gdzie pytamy się, przy jednym z domów o możliwość rozbicia namiotu. Niestety nie zastajemy właściciela posiadłości i jego mieszkańcy nie bardzo są w stanie nam pomóc. Postanawiamy więc rozbić się na dziko, przy okolicznej rzeczce. Myjemy się z butelki wody i wcinamy kolację. Na niebie pojawia się kilka chmur które dają o sobie znać kilka godzin później…


Jeszcze nie zdążyłem zasnąć, a już słyszę przytłumione bębnienie kropel deszczu o ścianki namiotu. Zaczyna padać; z minuty na minutę coraz bardziej. Mój „cudowny” namiot zaczyna przeciekać. Postanawiam interweniować. Między tropikiem, a „namiotem właściwym” (lub jak kto woli „komorą sypialną”:D) rozkładam folię murarską, którą zabraliśmy na takie właśnie okoliczności. Jednak nie był to najlepszy pomysł. Folia dosyć szybko się naelektryzowała i zaczęła błyskać. Na szczęście nie było nie wiadomo jak strasznej burzy i dotrwaliśmy do rana. Najbardziej dał się we znaki mikroklimat, który powstał wewnątrz namiotu. Przypominał trochę saunę…
Koniec narzekania.

 
««  start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast.  » koniec »»