Tour des Alpes
Dzień 4

okolice Straznic – Hodonin – Breclav – Reintal - Grosskrut – Wilfersdorf – Mistelbach - Ladendorf – Eggersdorf

(113.87km; 5h58min; śr. 19.07km/h)

Na granicy z Austrią

Staramy się zebrać dość szybko. Namiot w nocy trochę zawilgł, więc suszymy go jeszcze chwilkę na słońcu (z tym namiotem to jakaś patologia, obiecuję sprawić sobie jakiś lepszy po powrocie). Jemy szybkie śniadanie i w drogę. Tym razem po drodze nie mijamy nic ciekawego - kolejne miasta, w którymś z nich robimy małe zakupy. Słońce mocno przygrzewa (hehe opalam sobie głowę przez dziury w kasku, teraz idealnie pasuję do naszego enterprise). Tak zmierzamy w kierunku granicy austriackiej. Po drodze wcinamy pierwszy normalny obiad podczas wyprawy - czeski prażony syr z hranolkami. Najedzeni kręcimy dalej:).
Dojeżdżamy do granicy. Fotka pod znakiem i dalej w drogę. Ścieżki rowerowe też tu są, jednak trochę gorsze niż te w Czechach. Jedziemy główną drogą, wśród pól – żniwa już w pełni. Wieje wiatr; z początku przyjemny, później mocniejszy i w twarz, ale dajemy radę .Niestety trochę wolniej. Mijamy kilka ładnych austriackich wiosek. W jednej z nich pytam siedzącego w oknie gospodarza o rozbicie namiotu – nie ma problemu. Jednak lekcje z niemieckiego na coś się przydały…


Po chwili gospodarz wraz z żoną wychodzi żeby się przywitać. Zaprasza do domu, udostępnia łazienkę (prysznic – co za luksus), częstuje wyśmienitą kawą i ciastkami. Siedzimy tak chwilę w kuchni (moje ulubione miejsce spotkań) i rozmawiamy (staram się jak mogę, choć trochę kaleczę) o dalszych planach wyprawy. O tym gdzie, jak, dlaczego i po co jedziemy. Razem z właścicielami siedzi sąsiadka, która co chwilę wzdycha i robi wielkie oczy i słyszymy tylko „Mein Gott…Mein Gott” gdy mówimy o kolejnych kilometrach trasy. A to przecież dopiero czwarty dzień. Żona gospodarza zapisuje mi adres oraz maila, każe się uczyć niemieckiego i pisać do niej. Mam nadzieje, że spotkamy jeszcze takich ludzi.

Rano Johan zaprasza nas na śniadanie (jakie smakołyki!!! I ta kawa!!) Przeprasza nas, że nie ma świeżych bułek, ale ma problem z nogą i nie może daleko chodzić, a żona od rana w pracy. Ja jak to słyszę mam ochotę puknąć się w czoło. Mówię mu żeby się uspokoił i niczym nie przejmował. To najlepsze śniadanie wyprawy!!

 
««  start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast.  » koniec »»