Stockerau – Krems – St. Nicola (93.82km; 5h17min; śr. 17.73km/h) Pełni energii po dobrym śniadaniu ruszamy w poszukiwaniu Donauradweg, czyli naddunajskiego szlaku rowerowego. To taki odpowiednik naszych krakowskich bulwarów wiślanych, tyle że „trochę” dłuższy ;). Pogoda się trochę poprawiła. Najważniejsze, że nie pada. Jest jednak trochę chłodno i wiatr wieje cały czas w twarz. (Do tego się już przyzwyczaiłem. Jeśli jest pod górkę, albo pod wiatr to prawdopodobnie jesteśmy na dobrej drodze. Jeśli występuje koniunkcja tych zdarzeń to nie ma sensu nawet spoglądać na mapę tylko jechać :P). Jedziemy wzdłuż Dunaju. Jest płasko. Rzeka miejscami wylała i stąd szaro-błotniste kałuże.
Mijamy wielu Austriaków, wręcz całe rodziny na rowerach. Wszyscy obładowani sakwami: z przodu, z tyłu, z przyczepkami – co oni tam wiozą to ja nie wiem. Co najmniej jakby na Syberię jechali, albo jeszcze dalej. No nic. Jedziemy, wiatr wieje, dalej jest płasko, co jakiś czas widzimy budki w których można wypić ciepłą herbatę, mijamy także sporą ilość campingów. Idealna trasa dla rodzin z małymi dziećmi lub dla dziadków ;P. Nie powiem, że jest brzydko, widok jest przedni: strome zbocza, czasem trafi się jakiś zameczek.
Później trafiamy do miejsca gdzie naprawdę zapiera dech – do winnic. Wielkie pola winorośli, rozciągają się wzdłuż i wszerz, z góry na dół, rozdzielone małymi, starej daty miasteczkami, w których można nabyć miejscowe fermenty, lub tylko siedzieć i degustować rodzimej produkcji napój w jednej z wielu winiarni. Prześlicznie, chciałoby się zostać na chwilę, zatrzymać czas. Tak nam się spodobało, że postanawiamy przenocować na tych polach. Sytuacja wygląda tak: w okolicy nie ma nikogo, kogo moglibyśmy spytać o nocleg. Jest raczej zamożnie, campingów brak... Po drodze mijamy małą chatkę na zboczu, która stanowi pewnie coś w rodzaju schronienia dla zbieraczy winogron. Jest opuszczona, cała w pajęczynach. Ale ma dach, cztery ściany i chroniłaby przed deszczem. Jako że dzień wcześniej spaliśmy w luksusach, to teraz trzeba to odrobić. Zresztą ja lubię takie klimaty. Zostajemy! Chatka o której wspomniałem, świetnie by chroniła przed deszczem, ale nie pomyśleliśmy że może być w niej chłodno, rzekłbym nawet chłodno chłodno, lub po prostu bardzo zimno (jednak po historiach z kolejnych dni, mogę stwierdzić, że było jednak zimno, a „bardzo” przenieść tam). Nieco w dziwnych pozycjach, na drewnianych, przykrótkich ławkach staramy się zasnąć. Co chwilę budzą nas podmuchy zimnego wiatru. W końcu nie dajemy rady już zasnąć i tak już trwamy w chłodzie do rana. Pisząc rano mam na myśli moment, gdy już cokolwiek jesteśmy w stanie zobaczyć. Co w panujących warunkach jest raczej względne bo widać naprawdę niewiele z powodu dość niskiej i gęstej mgły (która, jak się okazało później nie była aż tak gęsta). |