St. Nicola – Grein – Mauthausen - Linz – Traun/Wels (146.10km; 7h50min; śr. 18.35km/h) Ruszamy przez mgłę. Teraz dopiero jest bajkowo: winnice i stare kamienice spowite w białej pajęczynie kropelek wody. Wszystko jeszcze pozamykane więc czekamy ze śniadaniem. Panuje przenikliwa wilgoć, jadę w kurtce. Niestety malowniczy krajobraz winnic i wiosek zmienia się w naddunajską nudę. Jest szaro, droga wciąż taka sama. Może gdyby pogoda była lepsza to wszystko wyglądałoby inaczej. Oczywiście nie muszę wspominać, że dalej jedziemy pod wiatr. Później się trochę wypogadza. W miejscach gdzie Dunaj zalał drogę rowerową, wyznaczono objazdy dla rowerzystów – normalne znaki, strzałki, kierunki, jak dla kierowców (czemu u nas tak nie ma? Odpowiedź jest prosta, nie ma takich dróg rowerowych :P). Na chwilę odsłania się niebieskie niebo, suszymy wszystko co się da, rozkładając rzeczy na ławkach i asfalcie.
Kierujemy się do Lienz, gdzie znowu zaczyna padać. Chowamy się pod mostem. Po drugiej stronie rzeki odbywa się festyn- kobieta zawodzącym głosem, śpiewa angielskie piosenki z niemieckim akcentem, czasem krzyczy i piszczy, coś á la „lubelski full”. Przestaje na moment padać, a my zaczynamy szukać jakiegoś schronienia na noc. Niestety nie znajdujemy campingu na trasie naszej dalszej podróży, a wracać się nam nie bardzo chce, więc wyjeżdżamy z miasta i jedziemy spory kawałek nocą. W końcu pasujemy i zatrzymujemy się we wiacie przy głównej drodze. Akurat w tym momencie zaczyna padać i to dosyć ostro. Próbujemy spać , co jakiś czas zmieniając się na warcie… Trudno się zasypia, gdy nie dość, że pada i czuje się ogromne zmęczenie, to w dodatku ma się na sobie warstwę brudu już z dwóch dni (no może nie jest to powód do dumy, ale cóż, są wakacje :P). Na dokładkę dziesiątki tirów przejeżdżających co 3 sekundy i samochody z ziomkami z łubu dubu na maksa. Sytuacja nie napawa optymizmem.. Ale udaje się! Śpię może z 40 minut! Nie mogę się doczekać aż się zrobi jasno i pojedziemy dalej... |